Jaki los spotkał 57-latka, którego ciało znaleziono w budynku socjalnym przy ul. Marszewskiej w Pleszewie? Czy był głodzony przez własną rodzinę? Czy zmarł z wycieńczenia? A może zamarzł? Pytań jest wiele, odpowiedzi brak. Być może więcej będzie wiadomo po ustaleniach pleszewskiej policji i prokuratury, które zainteresowały się sprawą po interwencji reporterki wlkp24.info.


Udało się nam dotrzeć do krewnych  zmarłego. Z ich relacji wynika, że mężczyzna przez lata był źle traktowany przez swoją żonę, dzieci i szwagierkę, z którymi mieszkał. Miał być regularnie wyrzucany z domu, bez względu na pogodę i porę dnia. Całymi dniami przesiadywał na jednej z ławek na starym dworcu PKS czekając, aż siostry zakonne będą wydawały posiłki w pobliskiej  jadłodajni. Co działo się w jego domu? Prawdę znają na razie 

tylko ci, z którymi mieszkał. On swoją prawdę zabrał do grobu. Krewni podkreślają, że pomagali mu jak tylko mogli. Ale na to, jak postępuje z nim jego najbliższa rodzina nie mieli wpływu. Kiedy próbowali go odwiedzić byli zbywani, domownicy  informowali, że mężczyzny nie ma w domu.

Tymczasem okazało się, że kilka dni temu w nieogrzewanym pomieszczeniu mieszkania socjalnego znaleziono jego ciało. Krewni twierdzą, że było prawie nagie i okropnie wychudzone. Miało leżeć w odchodach.  Podejrzewają, że był głodzony i nie miał dostępu nawet do zwykłej wody. Ale nikogo ta sprawa nie zainteresowała.

-Wiemy, że codziennie chodził na posiłki do sióstr zakonnych, ale pytaliśmy ludzi, którzy go znają o to, czy go  ostatnio widzieli. Okazało się, że nie przychodził tam już od trzech miesięcy. Dzisiaj podejrzewamy, że może od tego momentu rozpoczęła się jego gehenna. Został zamknięty w nieogrzewanym pomieszczeniu. Jeśli nie dostawał jedzenia  i picia - nie miał siły, żeby się przeciwstawić. On umarł albo z głodu, albo z wychłodzenia. Pewnie z tego wszystkiego mogło mu się nawet w głowie pomieszać. Miał czarną twarz, nigdy czegoś takiego nie widziałam i nigdy tego nie zapomnę. - powiedziała wlkp24.info kobieta, która jest krewną zmarłego. I dodaje, że nie był alkoholikiem. Był dość nieporadny życiowo, ale był łagodnym, spokojnym człowiekiem. Nie unikał też ciężkiej, fizycznej pracy.

Jak do tej pory nie udało nam się ustalić, na jakiej podstawie wezwany na miejsce lekarz stwierdził zgon. Nie wiadomo też, dlaczego  widząc w jakich warunkach i w jakim stanie zostało znalezione ciało, na miejsce zdarzenia nie wezwał policji. Nie wiadomo też, dlaczego nie wykonano sekcji zwłok?

Z kolei mundurowi na miejsce zostali wysłani dopiero po naszej interwencji. Z relacji rzecznika prasowego można wywnioskować, że funkcjonariusze rozmawiali tylko z najbliższą rodziną zmarłego. A ta jest tzw. rodziną dysfunkcyjną. Większość jej członków ma dość poważne upośledzenie umysłowe i zastanawiające jest to, czy są wiarygodnym źródłem.

Policja ustaliła również, że  żaden z domowników  nie był objęty nadzorem Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. Nieoficjalnie udało nam się dowiedzieć, że w mieszkaniu, w którym przebywa żona, córki i szwagierka zmarłego, w fatalnych warunkach mieszkają też małe dzieci, których stan zdrowia pozostawia wiele do życzenia.

O sytuacji naszą redakcję anonimowo poinformował jeden z mieszkańców Pleszewa.

- Czy lekarz  uznał, że skoro zmarły mieszkał w lokalu socjalnym to nie ma się czym przejmować?! Przecież to był człowiek, żywa istota. Musiał naprawdę bardzo cierpieć w ostatnich dniach swojego życia. Uważam, że to skandal, że nikt się takimi ludźmi nie przejmuje. Nie zawsze takie osoby umierają przez zapicie się na śmierć. Tacy ludzie często są traktowani jak śmieci. Jak ci się w życiu nie powiodło, będą cię poniewierać. Nawet po śmierci. W ogóle pytam się, gdzie była opieka społeczna?! Potrafią kochającej babci odebrać wnuczkę wychowywaną w super warunkach, a tu się nikt taką rodziną  nawet nie zainteresował?! Dramat... - uważa oburzony pleszewianin.

Będziemy się bacznie przyglądać, jakie czynności zostaną podjęte w tej sprawie.

emi

fot. pixabay.com